|
Archiwum
Zakładki:
Bohumil Hrabal
Przyjemność czytania
Przywdziane
Statystyka
|
Milý pane Bohušku, a tak zase život udelal mimořádnou smyčku... spisuję więc każdą pętlę mojego życia, pisząc kolejny list do Pana.
niedziela, 04 stycznia 2009
wtorek, 10 kwietnia 2007
Kurwa fiks!
Miły Panie Bohumile, długo, bardzo długo nie pisałam do Pana listu. Zaniedbałam ten ogródek, ten mały, malutki kawałek mojego świata, którym się z Panem dzieliłam od czasu do czasu. I dziś też właściwie napiszę do Pana tylko krótki list... List, którego bym nie napisała, gdyby nie smutna wiadomość, która do mnie dziś dotarła... List, w którym muszę Panu powiedzieć, że zmarł wczoraj Pana przyjaciel - Egon Bondy .
"A gdy przepijaliśmy do siebie, przyszedł Egon Bondy i zdębiał... potem stanął na taborecie i zajrzał do pokoju Vladimira, przebiegł korytarzem, wpadł do Vladimira i stamtąd znów patrzył na mnie, na murek w drzwiach, który teraz wyglądał po prostu jak stół... przyniosłem szklankę, nalałem do niej naszej mikstury, Egon napił się, ale zaraz wypluł likier, jakby przez pomyłkę napił się kwasu... i stanął przy murze, tłukł obiema piąstkami w tynk, tłukł lekko czołem w mur, potem to samo zrobił u Vladimira i wołał, krztusząc się ze śmiechu: Kurwa fiks! Odprężenie! Porozumienie między narodami zaczęło się tu i teraz! Idę przedyskutować to z filozofem Zbyńkiem Fiszerem. To jest róża, to nie jest róża, a więc to jest róża! Żeby zapanowała zgoda wpierw musiał być spór..." [B.H. Czuły Barbarzyńca, s.25]
I tak odszedł ostatni z bohaterów Czułego barbarzyńcy... ten, który zdawał się być najbardziej zagubiony i przyćmiony przygodami Pana, Panie Bohuszku i pana Vladimirka, a który i jako Egon Bondy, i Zbyszek Fiszer przeżył 77 lat, i może właśnie z powodu dwóch nazwisk i imion potrzebne były do przecięcia jego linii życia aż dwie kosy, te dwie siódemki...
niedziela, 14 stycznia 2007
mosty
Miły Panie Bohuszku, już trochę czasu minęło, odkąd siedziałam sobie na zajęciach, które prowadził tatko. Tatko cierpliwie wykładał grupie studentów istotę wyobraźni i kompleksów Bachelarda i pokazał w jaki sposób można to wykorzystać przy analizie dzieła literackiego. Tatko lekko stremowany, bo zastępował babcię, a babcia jaka jest, każdy wie, każdy też wie jakie to wyzwanie, by godnie ją zastąpić. Myślę, że tatce się to udało, a momenty, gdy puszczał mi oczko wywoływały uśmiech na mojej twarzy. I tak powoli przebrnąwszy przez teorię doszliśmy do analizy. A analiza skupiała się na dwóch opowiadaniach o mostach. I tak, przyznam się szczerze i bez bicia, trochę się wyłączyłam i pomyślałam o mostach w moim życiu. Pierwszym mostem, a właściwie mostkiem, była taka drewniana kładka, coś jak molo do połowy rzeczki. Gdy byłam mała uwielbiałam na niej siadać tak, by dyndać nogami nad środkiem wody i uczyć się historii. Tam miałam ciszę, spokój, uspokajający szum rzeczki i śpiew lasu, który mnie odgradzał od cywilizacji i innych ludzi. Przede mną, kilka metrów za rzeczką zaczynało się jezioro, a na drugim brzegu rzeki lśnił myśliwski zameczek. To tam moja wyobraźnia zaczynała składać dzieje świata w jakąś w miarę spójną całość. I choć zawsze dla mnie pozostanie niedokończonym mostem, mostem znikąd i nigdzie nie prowadzącym, to nie mam racji, bo był bramą do wyobraźni historycznej. To było jedno z moich magicznych miejsc. Miejsc, które już nie wrócą, bo już nie ma kładki, bo nie ma książek z historii i nie ma gdzie dyndać nogami, za to jest miejsce, gdzie mogą przez chwilę odpocząć konie i ich jeźdźcy, a niedaleko przebiega najbardziej ruchliwy trakt w moim lesie. A potem zaczęły pojawiać się te metaforyczne mosty, te decyzje, które zmieniały moje życie, jak wybór szkoły średniej, potem studiów... mosty, które mnie prowadziły nad czymś, jakąś pustką, przepaścią, wyrwą, przerwą w zabudowie do czegoś zupełnie innego, decyzje podejmowane pod wpływem impulsu, prowadzące mnie do innego świata. I tak sobie myślę, Panie Bohumile, że moje życie to ciąg małych wysepek i mostów, kładek między nimi, a część decyzji, które mniej lub bardziej świadomie podejmuję w życiu, to jednorazowe mosty w inną przestrzeń, w inny świat. I tak sobie żyję, próbując jak Pan, pokonywać rzekę życia przeskakując z kry na krę, bacząc, by ta następna, na którą przeskakuję, utrzymała mój ciężar. A moja waga przecież wciąż rośnie i waga życia, które biorę ze sobą. Tylko ja nie robię tego by wzbudzić podziw gapiów... ja po prostu szukam bezpiecznego brzegu. I uczę się podejmować decyzje, uczę się brać swoje życie we własne ręce, wybierać to, co dla mnie najlepsze, pielęgnować niektóre mosty, inne zostawiać sobie samym. Pozwalam też je palić. Nie sobie, innym, choć podpalania mostów też warto by się czasem nauczyć. I tak oto trochę wbrew własnej woli wybrałam. Z dwóch osób, do których ciągnęło z podobną siłą... i wybrałam nie osoby, bo trudno postawić na szali przeciwieństwa, ale życie, do którego powoli zmierzam, szukania spokoju w lesie podczas spacerów albo jazdy na rowerze, umiejętności wyciszenia się w mieście i samotności we dwoje. I niech Pan, Panie Bohumile sobie wyobrazi, że chyba jednak po ostatniej przygodzie i spalonych mostach jestem mniej skora do ryzykanckich zachowań, szaleństw i następnej operacji na otwartym sercu przy starciu przeciwieństw, boję się ryzyka przywiązania do kogoś z innego świata i prób szukania kompromisu. Tchórzliwie się asekuruję, ale już potrafię wziąć odpowiedzialność za decyzję w swoje ręce – to chyba postęp. Sama wybieram mosty, a nie włóczę się gdzie mnie los zaniesie, przywieje. I będę palić tylko w ostateczności. Bo widzi Pan, Panie Bohumile, każdy most to w gruncie rzeczy jakiś punkt graniczny, jakieś wyjście, przejście nad przeszkodą, nad kłodą, nad problemem albo portal, drzwi do innego świata, jak magiczne rytualne przejście. Most to łącznik, most to kładka, to trap, to podana dłoń, to odwzajemniony uśmiech, to przyjazny gest, to szczere i bezpośrednie słowa.
poniedziałek, 01 stycznia 2007
coś się kończy, coś zaczyna...
Miły Panie Bohuszku, dopiero późne popołudnie, a już za oknem robi się coraz głośniej, coraz huczniej, coraz bardziej wybuchowo, a we mnie w środku na odwrót, coraz ciszej, coraz spokojniej, coraz przyjemniej. Leżę sobie w łóżku, już przytomniej niż wczoraj czy nawet jeszcze dzisiaj rano, już bez rozpalonego czoła, już łatwiej mi się oddycha, już wraca mi dobry humor i chęci do zmajstrowania czegoś dziwnego. A to znaczy, że mój mały układ immunologiczny powoli zaczyna walczyć z tym, co się przedostało do środka, powoli wytacza swoje działa i wyrusza na wojnę z bakteriami i wirusami, z tym, co we mnie niepotrzebnie siedzi. Chwilę rozmawiam z babcią, dziękując przy okazji, że się pojawiła i była, gdy tego potrzebowałam, dawała wesprzeć się na swoim ramieniu albo rozśmieszała, albo pozwalała na sobie wyładować wkurwienie na świat. Odrzucam kilka awaryjnych propozycji sylwestrowych, bo i tak na zabawę nie mam ani sił, ani ochoty. Za to z ochotą pałaszuję olbrzymią trzystugramową białą milkę z dużymi orzechami, rozkoszując się każdą, olbrzymią kostką. I tak czekam na koniec, rozmawiając przy okazji z pewną przyjazną duszą, która o dziwo dotrzymuje mi dziś towarzystwa. [...] I tak, Panie Bohumilu, rozmawiałam sobie dość długo, potem nadrobiłam część zaległości blogowych i tak jakoś czas szybko mijał w dobrym towarzystwie, że już nie zdążyłam wczorajszej nocy zrobić podsumowania. I tak teraz sobie myślę, nad starym już rokiem... i tak sobie myślę, że przyjazna dusza ma rację, że uciekamy przed tym, czego najbardziej pragniemy. W tamtym roku pierwszy raz straciłam do tego stopnia kontrolę nad własnym życiem, że sięgnęłam dna, że zatraciłam całkowicie chęć życia, że wpadłam w stan bezemocjonalnego dryfowania przez życie, wykonywania tylko tego, co mi narzucone z góry, bez żadnej wewnętrznej motywacji, bez celu, bez radości czy nienawiści. A potem długo i powoli uczyłam się znów chodzić, jeździć, uśmiechać i cieszyć życiem. Ale też w tamtym, starym już roku, choć raz, choć przez chwilę przestałam uciekać, przez chwilę sama goniłam własne szczęście, zostawiając ukochanego Czułego Barbarzyńcę jako zakładnika i przewodnika. Obudziłam się i znowu zaczęłam gonić nierealnego skrzydlatego ptaka: szczęście, to jest taki ptak, który sobie śpiewa tak: złap mnie pan za ogon, złap mnie pan za ogon, złap mnie pan za ogon, złap. Chyba pierwszy raz w życiu. I pierwszy raz w życiu zrozumiałam, że też potrafię być naprawdę toksyczna, że jeszcze wiele nauki przede mną, że też popełniam błędy i to większe, niż mi się wydaje, że tracę zaufanie szybciej niż mi się kiedyś wydawało i że nie potrafię oddzielić fizyczności od emocji, że też jestem wtórnym narcyzem. I też potrafię ranić, nie tylko siebie, ale i innych, i że odpuszczam szybciej, niż by się komukolwiek wydawało, że jak każdy baran szybko się rozpalam i równie szybko tracę zapał. Przykre, ale prawdziwe i chyba tak już zostanie, mój ogień jest wielki, wybucha nieoczekiwanie z ogromną siłą, ale jak nie dokładam do niego drewna, to równie szybko go potrafię zdusić i opanować. Ale ten ogień czasem jest potrzebny, oczyścił moje życie, oczyścił relację z najbliższymi, ostudził nieco mój idealizm i sentymentalizm. Właśnie wyczyściłam pamięć, komputer wyczyścił się sam przypadkowym formatem. Poskładałam to, co warte zapamiętania i schowałam do najgłębiej schowanej skrzyneczki, której już pewnie nigdy nie otworzę i żegnam się z nią, bo ta rzeka już przepłynęła, bo dwa razy do jednej rzeki nie zwykłam wchodzić, tak z zasady, dobrej zasady. Składam do skrzyneczki, bo ważne rzeczy i ważne wydarzenia w moim życiu zasługują na odpowiednie pożegnanie. Ta osoba nauczyła mnie więcej niż komukolwiek, mi czy jej, może się wydawać. A w głowie zostawiam tylko nową siebie, bardziej asertywną, bardziej rozbudzoną do życia i wnioski z przygody. Wnioski na przyszłość. A ta zaczyna się rysować w coraz jaśniejszych barwach. Bo niech Pan sobie wyobrazi, Panie Bohumile, że w końcu udało mi się uporać z zaległą i spędzającą mi nie raz sen z oczu, pracą magisterską, która mnie zdążyła kilkakrotnie przerosnąć. I za jakiś czas, niech Pan trzyma kciuki za mnie, będę mieć następny tytuł na koncie i zamknięty następny etap swojego życia. Zaczyna się rysować w coraz jaśniejszych barwach, bo znów mam cele, bo znów mam spokój ducha i znów patrzę jasno w przyszłość wyłapując to, co dla mnie ważne. I szukając głupich rzeczy popełnionych w tamtym roku, przypominam sobie uśmiech dwóch pań, które dostały kiedyś nad ranem na ulicy ode mnie po róży, bo jakoś tak wyszło. I robi mi się ciepło, bo w ten sposób obcojęzyczne kobiety cieplej pomyślą o naszej stolicy. I tak najgorszy i najbardziej niezrozumiały poranek w moim życiu, gdy pożegnałam się już ostatecznie z wiarą i nadzieją, nabrał zapachu tych żółtych róż i ciepła tych dwóch uśmiechów i mojego wypowiedzianego ciepłym i pewnym głosem Have a nice day. I choć nie mam pojęcia dlaczego czasem robię dziwne rzeczy, to wiem jedno - robię je w jakimś celu, choć sama czasem nie do końca potrafię go sprecyzować. A może to przypadek ciągle pociąga za sznurki? Nawet jeśli, to robi to tak, by mi było dobrze. I wie Pan co, Panie Bohumile? Z niecierpliwością czekam na to, co mi przyniesie w tym Nowym Roku, słuchając jednego z bliskich, którzy odeszli w tamtym roku... Chodźmy tam, gdzie nas oczy poniosą
sobota, 23 grudnia 2006
nie ma tego złego...
Miły Panie Bohuszku, minęła już najdłuższa noc w roku. Teraz każda następna będzie coraz krótsza, już może być tylko coraz jaśniej i jaśniej. Już w kolejce do wejścia na scenę, ustawiają się święta i sylwester, forpoczta następnego roku. A ja marzę wciąż o jednym - by móc się spokojnie wyspać, zamknąć oczy, wyłączyć mózg, dać odpocząć ciału i duszy. I tak leżę w łóżku, próbując zasnąć, zamknąć powieki i słucham muzyki... nieśmiertelny Queen na uszach i piękny utwór Too much love will kill you. I tak sobie myślę, że za mało tej miłości mi się przytrafiło, bo przecież żyję, bo przecież znowu cieszę się pięknymi zachodami słońca, i, co najważniejsze, cieszę się i życiem, i światem, i ludźmi, którzy mnie otaczają. I tak sobie myślę, że przypadek nadal sprawuje nade mną pieczę. I nawet jak złośliwie ustawia na parkingu przy ulicy, którą właśnie idę sobie z babcią, czerwony cud niemieckiej motoryzacji, to reaguję uśmiechem i sprawdzeniem jego tablic, tak na wszelki wypadek. I choć przygoda skończyła się szybciej niż zaczęła, to już zawsze będzie wywoływać kilka ciepłych wspomnień, reszta przepadnie w ciszy i zapomnieniu, pozostawiając za sobą kilka wniosków na przyszłość i wiarę we własne szczęście, choć tragizm i komizm życia to bliźnięta, drogi biorące początek z tego samego miejsca, a surowy dramat na koniec wydobywa na jaw to samo, co trywialna groteska. I dziwię się sobie, Panie Bohumile, że w momencie, gdy wydarzyło się tyle rzeczy, mi brakuje słów, by w jakikolwiek sposób móc to opisać, wyrazić, przedstawić czy zapamiętać historię albo osobę, która wywołała we mnie, obudziła cały wachlarz emocji, uczuć i odczuć... pokazując mi, że mogę poczuć wszystkie, oprócz nienawiści. Ale za to nie brakło mi spokoju. I właśnie spokoju życzę wszystkim z okazji zbliżających się wielkimi krokami świąt. I tym, którzy wierzą, i tym, którzy nie potrafią albo nie chcą uwierzyć, bo tylko spokój nas ratuje w sytuacjach kryzysowych, takich jak na przykład tkwienie ponad dwóch godzin w kolejce, żeby kupić kawałek ciasta, które lubi mój brat. A zaraz po spokoju, życzę wszystkim umiejętności czerpania radości z obecności innych ludzi. I chyba o to chodzi w tych świętach. Ale ja się tam nie znam, ateizm przecież wyssałam z mlekiem babci. I nie ma tego złego... co by mi nie wyszło.
sobota, 18 listopada 2006
porządkowanie rzeczywistości
Miły Panie Bohuszku, czasami życie bawi się na zmianę w chaos i pustkę. I choć przyznam szczerze, że chaos lubię, to pustka czasami bywa przerażająca. Chaos od zawsze otaczał mnie, moje myśli i uczył szybkiego wyciągania wniosków z tego, co się niespodziewanie przydarzyło, a ta dziwna pustka była mi dobrze znana w dzieciństwie, gdy pozostałe dzieci wyczuwały moje inne podejście do świata i nie bardzo chciały się ze mną bawić (a może to ja z nimi). Pustkę wypełniałam sobie mnóstwem zajęć, treningami, łażeniem po drzewach, przeprowadzaniem dziwnych eksperymentów z saletrą i cukrem, zabawą kupowanymi przez starszych kolegów petardami, jazdą na rowerze po lesie, czytaniem książek, majsterkowaniem w piwnicy ojca, próbami rzeźbienia w gipsie czy struganiem scyzorykiem łódek z kory drzew brudząc na balkonie czy ogródku, rozkładaniem na części pierwsze mechanicznych robocików czy autek mojego brata, a potem mniej lub bardziej udanymi próbami przywrócenia ich do życia. A gdy podrosłam zbyteczny wolny czas zapewniało mi uczenie się czegoś, ot tak, żeby wiedzieć i niestety części po latach już nie pamiętać. I tak sobie myślę, że w gruncie rzeczy wszystko to, wszystkie te rzeczy były zapełniaczem pustki niwelującym zbyt dużą ilość wolnego czasu (albo wręcz go rozciągające). Dzisiaj zrobiłam miejsce na biurku, wysypałam z dwóch litrowych butelek po Absolucie stos jednogroszówek. Wzięłam pierwsze dziesięć sztuk, w palcach zrobiłam słupek i postawiłam na stole. Potem odliczyłam z tej leżącej kupy następną dziesiątkę i przyłożyłam słupek do poprzedniego słupka. I tak ze stu groszy ułożyłam pierwszy połyskujący żółtą poświatą trójkąt równoramienny, prawie jak te, które były na pasiakach. I tak porządkując chaos butelkowy, prawie jak Pana ojciec rozbierający i składający na nowo swojego Oriona, porządkowałam też swoje myśli. Z każdym ułożonym słupkiem różnego rodzaju odcieni monet, wygładzały się moje różnobarwne myśli. I tak ułożyłam sobie na biurku, niczym dziecięce puzzle, prostokąt, cztery trójkąty i jedną małą klepsydrę, i już wiem, że w tych butelkach były cztery tysiące czterysta dziewiętnaście monet, i znów mam wrażenie, że czterdzieści i cztery prześladuje moje życie, romantyczna liczba znienawidzonego szybko wieszcza objawia się nawet w gotówce. Ale wiem już też, że uporządkowane rzeczy zajmują mniej miejsca, nie tylko te materialne, dlatego myśli też poupychałam do odpowiednich szufladek, bo potrzebuję jeszcze miejsce na te nowe, które przyjdą. I już wiem, co jest w szufladce z napisem „lęki”, wiem co kryje skrzyneczka z marzeniami i pragnieniami, wiem, gdzie zakopałam skarb ze wspomnieniami, które dodają sił i wiem, gdzie zagrzebałam te, które ranią. I też wiem, gdzie szukać swojej magicznej szkatułki z pragmatycznym podejściem do świata. I to właśnie tę ostatnią gdzieś zgubiłam na wyboistej drodze życia, ale skoro już ją znalazłam, to od jutra zajmuje centralne miejsce, tuż pod ręką, by łatwo było z niej korzystać. I tak Panie Bohuszku dowiedziałam się, że boję się tak jak pewnie i Pan się bał, czapki niewidki, którą zakładają sobie nawzajem na głowy ludzie, i tak bojąc się tego, tej niepamięci i obojętności, zakładam białą marynarską czapkę Pepina i pisząc coś od czasu do czasu za bezcen sprzedaję powoli swoje myśli i wspomnienia. A skoro mowa o pieniądzach, to myślę, że najwyższy czas puścić te monety znów do obieg, niech znów pływają w swoim morzu, niech tam błyszczą swoim blaskiem. Może kto inny podnosząc jedną z nich z ziemi znajdzie swoje szczęście i porządek. Ja już znalazłam przepis i składniki. Co z tego wyjdzie, kto wie, może zakalec, może bezkształtna masa, a może życie ze smakiem. Na pewno nie pustka.
środa, 01 listopada 2006
Sen
Miły Panie Bohuszku, niecałe dwa miesiące temu zaczął mi się śnić na jawie pewien sen. Sen, w którym kocham i jestem kochana, w którym możliwe jest nawet niemożliwe. Sen, który otworzył mnie na innych i sen, w którym nauczyłam się, co to znaczy latać, lewitować z powodu innej osoby. Sen, w którym ktoś stał się katalizatorem mojego samopoznania. Sen, który przyśnił się irracjonalnie, bo miał się nie przyśnić, bo to przecież za daleko, bo gdzieś tam na początku było racjonalne zachowanie, bo wszystko, co działo się w międzyczasie to po prostu lekcja przypadku, który rządzi moim życiem. Ale rządzi sprawiedliwie i uczciwie. I jak to mówi babcia - nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło i nawet koniec ma swoje plusy i nic bez powodu się nie zdarza. I nawet przebudzenie może przebiegać w miarę łagodnie, bez trzaskania drzwiami i emocjami. Po prostu, skończył się sen o nierealnej przyszłości. Obudziłam się sama w swoim łóżku i w swoim życiu, tylko tak jakby troszkę innym. I wśród innych ludzi, ludzi, którzy wiedzą o mnie o kilka detali więcej niż do tej pory i jakoś to zaakceptowali. A ja wiem, że jedyną receptą na szczęście jest wolność i samodzielność. I tego będę szukać. Jak odnajdę, wywalczę, to przyjdą i inne rzeczy. Może następny cud zdarzy mi się w odpowiednim momencie mojego życia. Dziękuję Ci za ten lot katalizatorku :* A teraz, miły Panie Bohumile, niech mi Pan uwierzy, że chciałabym umieć w końcu zasnać, chciałabym umieć spokojnie spać jak kiedyś, bo długi, męczący i zimny dzień przede mną. I wiele innych, które czekają w kolejce. Ale zacznę spokojnie sypiać dopiero jak się uporam z pozostałymi dwoma nieskończonymi rzeczami.
poniedziałek, 30 października 2006
nie-do-powiedzenia, niedopowiedzenia
Miły Panie Bohuszku... coś kazało mi po nieprzespanej nocy, po wieczorze pomocy w przeprowadzaniu dziewczyn z samego dołu kamienicy do mieszkania pod dachem, a potem nocy dziwnych rozmów wsiąść w pociąg. Gdy w niego wsiadałam w głowie miałam tylko mętlik, w sercu w sumie też. Wiedziałam tylko, że chcę pojechać. I tak patrzyłam jak powoli, w połowie drogi wschodzi świt nad lasami i łąkami, a wcześniej jak nasz krajobraz przemysłowych świateł ustępuje ciemnej pustce samotnych lasów i łąk, przeplatanych od czasu do czasu jakimś domkiem czy drogą. I gdy wyszłam z pociągu na peron, czekało na mnie pierwsze zaskoczenie. A potem były następne. w tym niesamowite kulinarne i niesamowicie gorzkie zaskoczenie samą sobą... bo nie potrafiłam mówić, bo nie wiedziałam o czym mówić, bo nie wiedziałam, co mogę zrobić/powiedzieć, bo pewne rzeczy nie przechodziły mi przez usta, bo nie mogłam oderwać wzroku od tych oczu, bo nie potrafiłam pokazać czego tak naprawdę chcę. I tak, Panie Bohumile, nie chcąc popełnić błędu, popełniłam ich więcej niż mi się jeszcze wczoraj wydawało. Ale po tym weekendzie wiem, czego chcę i wiem, co muszę zrobić, by to się stało choć trochę realne. Muszę jeszcze trochę dorosnąć i otrzymać następną szansę, by spróbować się tak po prostu, spokojnie, zwyczajnie otworzyć przed kimś, kto mnie otworzył na świat. By pokonać paraliż, który jest wprost proporcjonalny do stopnia mojego zaangażowania i niepewności w tym wszystkim. By wydorośleć z dziecięcej niepewności. I tak się zastanawiam, Panie Bohumile, czy są szanse... kwitnąca wiśnia
Miły Panie Bohuszku, najwięcej świata odkrywamy zderzając się z innymi ludźmi. To właśnie ludzie opowiadają nam o życiu, o swoim życiu, o swoim świecie, o swoich mentalnych matrycach świata. Jednak co się dzieje, gdy te światy są krańcowo różne?
Wczoraj miałam okazję zderzyć się z inną kulturą i uczestniczyć w spotkaniu, zajęciach z dziewczyną z dalekiego kraju, z Kraju Kwitnącej Wiśni. Mała, drobna ciemnowłosa, ciemnooka i egzotyczna dla nas istota postanowiła przyjechać do równie, jej zdaniem, egzotycznego kraju, by go spróbować zrozumieć. Do tego jeszcze nauczyła się naszego, dla niej niesamowicie trudnego w wymowie, języka. I wczoraj wsunęłam się za zgodą babci na zajęcia, najpierw nieśmiało siedząc z boku i przysłuchując się rozmowie i pytaniom, jakie padały z obu stron, potem zerkając zza ich głów na ekran laptopa, na którym babcia odtwarzała Polskie Kroniki Filmowe z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, wieku totalitaryzmów. I tak powoli, acz systematycznie, babcia pokazywała i tłumaczyła tamtą absurdalną rzeczywistość gospodarki centralnie sterowanej, absurdalną rzeczywistość ustroju socjalistycznego, w którym wszystko było podporządkowane propagandzie. A ja powoli wkręcałam się w dialog. I niesamowite jest to, że my, Polacy mamy nadal niesamowicie mocno zakorzeniony styl myślenia z tamtych czasów. Bo nawet dla mnie pewien poziom absurdu jest naturalny. I niech Pan, Panie Bohumile sobie wyobrazi, ile czasu, ile trudu i absurdalnych przykładów trzeba było podać, by, tej istocie z innego świata, poukładanego jak w zegarku, ze zracjonalizowaną gospodarką, pokazać pokrętny sposób działania socjalistycznej ekonomii... ileż to prosiaków nam się do tego przydało, opowieści o kombinowaniu, o drugim obiegu (bynajmniej nie książkowym, tylko zwykłym – towarowym), o przodownikach pracy, o stonce ziemniaczanej i leniwych wrogach społeczeństwa. I tak na wpół prowadząc zajęcia, powoli uświadamiałam sobie, jak pięknie wynieśliśmy w spadku po upadku PRLu tę socjalistycznie schorowaną mentalność kombinatorów. A najbardziej przerażające jest to, że mimo kominatoryki stosowanej, wynieśliśmy też niesamowicie wielką bierność ekonomiczną i potrafimy tak naprawdę tylko dobrze narzekać i gonić duchy przeszłości ukryte w teczkach, zamiast wziąć co nieco w swoje ręce i pozwolić odżyć gospodarce. I mimo że tyle osób w tym kraju szczerze nienawidzi komunistów, to równie wielu (albo i więcej) chciałoby wrócić do pięknych, spokojnych czasów, gdy „czy się stoi, czy się leży, tysiąc złotych się należy” i do tego gratisowo pół zakładu pracy dało się wynieść. I tak Panie Bohumile, jak Pan myśli, czy uda nam się pokazać, wytłumaczyć dziewczynie wychowanej w innym świecie to nasze wspólne wschodnioeuropejskie ssanie absurdu?
piątek, 20 października 2006
słowo w spokojnych słowach
Miły Panie Bohuszku, trochę zaniedbałam listy do Pana... aż mi wstyd za tak małą ilość słów skierowanych do Pana, ale całą swoją energię rozłożyłam na inne słowotoki... i działania. I tak sobie myślę o mocy, o magii słów. Słów, które potrafią równie łatwo coś zrodzić, jak i zmusić do powolnego zamierania. A przecież ludzie to słowa, świat każdego człowieka, to słowa, które nosi w sobie. Tylko każdy z nas żyje w innym świecie i ma inny zestaw znaczeń słów. I jak czytam Pańskie słowa, to w świat przez Pana stworzony wplatam swój własny, bo te słowa zaczynają grę ze mną i z moim małym światem. I tak jak czytam o Vladymirku, to mam przed oczami swojego zakręconego kumpla, jeśli zaś w Nocy księżycowej, czytam frazę: „Jestem samotnikiem. Usiadłem więc sobie, księżyc siedział mi na kolanach niczym jakaś dziewczyna, nastawiałem ręce i blask księżycowy oblizywał mi je niczym jakieś kocię, niczym jakiś pies służbowy”, to przed oczyma mam tego samotnego komendanta policji, który trzyma na kolanach księżyc niczym kocię... i kocham tę frazę, zakochałam się w niektórych Pana słowach. I wiem, że każdy słowa może czytać różnie. Słowami kreujemy świat, słowami opowiadamy o własnym świecie, przez dialog zapraszamy do środka. I słowami budujemy więź. I słowami uwodzimy, i słowami nienawidzimy, i słowami ranimy, i z naszymi słowami narzucamy się innym. I gdzie znaleźć granicę, wyczucie czasu i miejsca, kiedy coś wolno przyoblec w słowa, a kiedy trzeba zamilknąć? Jak wyczuć, kiedy są prawdziwe, a kiedy są fasadą, murem obronnym, palisadą zranionego „ja”? I kiedy mam wiedzieć, że to, w jaki sposób odczytuję czyjeś słowa jest naprawdę tym, co ktoś chce mi powiedzieć? I przypominam sobie to, co mi utkwiło w głowie po przeczytaniu Czekając na barbarzyńców Coetzeego, dwa cytaty mówiące właściwie o tym samym – „każde słowo wydaje mi się coraz bardziej wieloznaczne” i „może wszystko, co przyoblekamy w słowa zniekształca prawdziwą intencję”... I już nie wierzę, że potrafię wyrazić w słowach dokładnie to, co mam na myśli. Ale ciągle wierzę w to, że to właśnie słowami wytwarzamy magię, że to właśnie słowa uwalniają emocje i wierzę w słowa innych... i przyzwyczajam się do mówienia, i już wiem, czemu babcia tyle opowiada, już wiem, czemu mówi nawet do kota, czemu mu czyta, nawet po rosyjsku... Bo słowa mogą unieść, ponieść, pociągnąć wysoko... I nie sądziłam, że w ciągu kilku tygodni uwierzę w moc codziennych kilku miłych słów otrzymanych od kogoś na powitanie dnia. I nie sądziłam, że tak bardzo się przyzwyczaję do tej werbalnej czułości i że tak trudno będzie mi się przestawić na coraz częstszą ciszę. I ciągle w myślach krąży mi ulubione zdanie: „Tak oto wbrew własnej woli zmądrzałem i teraz twierdzę, że mój mózg to sprasowane w hydraulicznej prasie myśli, paczki pomysłów, tajną skrytką kopciuszka jest moja głowa”... i sprasowałam oprócz myśli też emocje, i przetrawiłam uczucia. I też wbrew własnej woli zmądrzałam i wsłuchałam się też w ciszę. I choć słów coraz mniej, bo coraz więcej strachu, to spokojnie sobie czekam i oswajam ciszę, bo wiem, że nawet jeśli to był tylko sen, to i tak zostanie we mnie na długo, choćby jako wspomnienie słów. Ale może jeszcze mi się przyśni, a wtedy znów popłyną słowa, a ja te słowa uchwycę, zapamiętam, zapiszę na kartkach i włożę z tym, co kocham, z czułymi barbarzyńcami słów, do hydraulicznej prasy myśli i nacisnę zielony przycisk, by stworzyć swój własny, prywatny artefakt z własnych emocji i własnych prawdziwych słów, których jeszcze się boję, bo dopiero się w bólach rodzą i jeszcze nie dojrzały do tego, by pójść w świat, i pewnie bać się będę długo, i to bardziej niż ciszy. I mam nadzieję, że się nikomu swoimi słowami nie narzucam, nawet Panu, Panie Bohumile, bo to Pana słowa spijam, gdy mi źle. Daję słowo, że narzucanie się to ostatnia rzecz, na którą mam ochotę. A ja przecież dotrzymuję danego komuś słowa i nie lekceważę własnych słów, tych wypowiedzianych, nawet jeśli są niedopowiedzenia.
poniedziałek, 02 października 2006
weselmy się, prawdziwie weselmy
Miły Panie Bohuszku, urodziłam się dwa dni po weselu. Nie dałam mamie pobawić się na weselu najmłodszej siostry, a ojcu za dużo pić, bo ten mały brzdąc, którego mama miała w brzuchu był ciekawy świata i już... już chciał wyjść i go poznać. Pewnie jego ciekawość jeszcze bardziej pobudziły, rozbudziły dźwięki weselnej zabawy. Więc mama musiała wyjść z poprawin, tata za nią, pędem do auta i tak starym trabantem zawiózł ją przez lasy i pola do szpitala na Górach. I tak poniedziałkiem, wczesnym rankiem przyszłam na świat, zgodnie z terminem, co do minuty, bo o piątej rano, czyli dokładnie tak samo jak brat, bo mama widocznie tylko o tej godzinie zwykła rodzić dzieci.
I tak zawsze pamiętam, którą rocznicę ślubu obchodzi moje wujostwo. I osiem miesięcy po mnie przyszła na świat ich córeczka, a moja kuzynka. I tak znowu było do pary, ja miałam kuzynkę rówieśniczkę Anię, a mój brat Pitera. I jakoś tak zostało, że już w każde wakacje wychowywaliśmy się razem, spędzając całe dnie na chodzeniu po lasach, graniu w nogę, spaniu w namiotach i nocnych wypadach na haby, bo trzeba było sprawdzić, co komu obrodziło i czy już u sąsiada dojrzały nasze ulubione papierówki. A przy okazji niesamowicie wyglądał las nocą i ta stara, czerwona chatka, której brakowało tylko kurzej nóżki. Ten dom czarownicy pamiętamy z bratem do dziś. I tak oto lata nam uciekały i wraz z latami też uciekła stara dziecięca zażyłość, bo coraz rzadziej było spędzać nam razem wakacje. I wie Pan, Panie Bohumile, w ten weekend bawiłam się na weselu tej kuzynki, przyjaciółki ze szczenięcych lat. I tak sobie myślę, że pierwszy raz widziałam tak radosną parę młodą. On chłop wielki jak dąb, ona przy nim wyglądająca jak maleństwo, kruszyna jedna. I poza chwilą stresu, wzruszenia, która złapała ich za gardło podczas przysięgi, potem już była tylko radość, uśmiech i chęć najlepszego przeżycia własnego wesela. I tak sobie myślę, że pierwszy raz widziałam Anię jak płacze, po oczepinach, przy podziękowaniu dla rodziców. I chcę zapamiętać i ten promienny uśmiech, którym darzyła wszystkich gości weselnych, i te łzy, bo jedno i drugie było niesamowicie prawdziwe. I łzy wzruszenia tak dużego mężczyzny też głęboko mi się wryją pod czaszkę, bo mało który mężczyzna potrafi się przecież przyznać do łez. I tak sobie myślę, że cudnie się bawiłam mając przy sobie osobę, w której towarzystwie czuję się maksymalnie swobodnie, z którym nie jedną wódkę już wypiłam i o dziwo zatańczyłam niejeden taniec (dwa :P). I mam nadzieję, że nie nudził się za bardzo, a jeśli nawet, to i tak czytał pokątnie jakąś książkę o smokach, którą wrzucił ostatnio do pamięci telefonu albo bezczelnie robił kompromitujące zdjęcia. I cierpliwie wytrzymał próbę zrobienia z jego torsu poduszki pod moją zmęczoną brakiem snu i nadmiarem alkoholu głowę. I przeżył dwie noce w łóżku z moim chrapiącym ojcem, bo tatuś lubi dbać o pozory , bo niby babcia by nie przeżyła, gdybyśmy pod jej dachem spali razem w jednym łóżku. A ja wtedy z uśmiechem sobie myślę, że on zupełnie nie zna swojej matki. I mam nadzieję, że wie, że go kocham aż jak przyjaciela i tylko jak przyjaciela, bo inaczej jednak nie potrafię. I weselmy się, prawdziwie się weselmy czyimś szczęściem i naszym własnym, mimo że stawia życie na głowie i nie wiadomo czy przetrwa dłużej niż lśnienie. Bo mam wrażenie, że jednak czuwa nade mną jakaś opatrzność i podoba mi się ten fatalizm zdarzeń w moim życiu. A dzieci rosną, bliźniaki wciąż pamiętają mnie z monachijskich czasów, a moje ulubione dziecko w rodzinie, Paulina, z wyrzutem mówi mi, że się rzadko pojawiam. A potem się przytula i zaczepia od czasu do czasu na parkiecie albo przy stole. I oswajała się z dużym misiem, który mi towarzyszył na weselu. I w końcu udało mi się zobaczyć Andrzejka, małego, który urodził się w moje urodziny. I tak sobie myślę, że chciałabym, by miał conajmniej tyle samo szczęścia w życiu, co ja. I tego mu życzę. I mam nadzieję, że tu też będę mieć rację, jak z jego datą urodzin, którą przepowiedziałam rok temu jego matce, a mojej kuzynce. I tak sobie myślę, że mam już strasznie dużą tę rodzinkę.
poniedziałek, 25 września 2006
słoneczny poranek
Miły Panie Bohumilu, jakoś tak stawiam sobie życie na głowie i wbrew porze roku moje dni stają się coraz dłuższe, budzę się o świcie, a zasypiam zdrowo po północy. Dziś pierwszy raz od wielu lat wygnało mnie z domu na poranny spacer. I gdy tak szłam sobie przez moje miasto zalane porannym jesiennym słońcem, nogi same zaniosły mnie na ulubiony drewniany wiadukt, kładkę nad torami. I siadłam sobie na schodku, popatrzyłam przed siebie, na ten rów, którym biegną tory, na te zniszczone budynki po zlikwidowanej stacji kolejowej, na te wszystkie odłamki szkła, które zostają po młodzieżowych libacjach, a słońce coraz bardziej świeciło, wlewało się w każdy mały kawałek szkła i go ożywiało. I zaiskrzyło się to wszystko tak, aż zaczęło przypominać górską, roztańczoną w słońcu rzekę. I robiło się coraz cieplej. I jedyna różnica między wieczornymi letnimi spacerami a dzisiejszym, to brak zapachu rozgrzanej smoły, impregnatu, którym są pokryte te deski. A ja siedziałam i czekałam. Czekałam aż słońce zabawi się w laboranta, który wywołuje klisze. Czekałam, aż wywoła pewną kliszę w mojej głowie, aż utrwali mi w głowie te dwie twarze. Tę pierwszą, cudem odzyskaną, przypomnianą po wielu latach przypadkowo odnalezionym zdjęciem, a której już nigdy nie zobaczę na żywo, a która zawsze jesienią, w okolicach następnej rocznicy tej bezsensownej śmierci próbowała pojawiać się w mojej głowie, i tę drugą, której rysy twarzy dopiero zaczynają się nieznacznie utrwalać, które powoli sobie rzeźbię i które chcę zapamiętać. I chcę też zapamiętać i utrwalić to ciepło i tę energię, ten przypadkowy i zaskakujący podarunek od życia. I gdy siedząc tak, słuchając w kółko jednej piosenki, przeglądałam dzisiejszą gazetę, spokojnie przejrzałam co się wyprawia w kraju, doniesienia o sytuacji na Węgrzech i tylko jedno mnie zaniepokoiło i zasmuciło – wywiad z Agatą Mróz i komentarz, który pojawiły się obok, a z którym nie do końca mogę się zgodzić, bo żadnej drużyny nigdy nie stworzy tylko jedna postać. Po tylu latach gry w kilku drużynach wiem, że przy takiej atmosferze będzie im ciężko cokolwiek ugrać, znów być jedną mocno nakierowaną na wspólny cel drużyną. I boli to trochę, bo nie lubię jak złe emocje marnotrawią pracę i energię, którą ktoś włożył tylko po to, by coś zjednoczyć. I skład się będzie musiał na nowo zgrać, bo kontuzje też go trochę pozmieniały. A przecież nie od dziś wiadomo, że łatwiej coś rozwalić niż zbudować.
niedziela, 24 września 2006
przypadki i odkrycia
Miły Panie Bohumilu, ze mną pod rękę przez życie zawsze idzie Przypadek... i otacza mnie opieką anioła stróża i szepcze do ucha, w którą stronę mam się obrócić, na którą stronę ulicy przejść albo podpowiada, że pora wrócić do domu inną drogą niż zwykle. I tak, zawsze gdy ulegnę jego namowom, zdarza się w moim życiu coś mniej lub bardziej ważnego. I tak w liceum podszepnął całkowitą zmianę zawodu, na drugim roku jakąś zabawę w pracę prospołeczną i gdzieś po drodze doradzał także przy doborze przyjaciół. Podpowiadał mi też, kiedy przychodziła kolej na odkrywanie nowych rzeczy. Podsuwał mi wtedy okazję pod nos, ale nigdy nie dawał ot tak, nie wciskał na siłę, zawsze pozostawiając mi prawo wyboru. I tak odkrywałam za jego zgodą nowe miejsca, nowych ludzi, nowe przypadkowe lektury i nowe ścieżki w lesie. I zawsze działo się to we właściwym czasie i miejscu mojego życia. A gdy przypadkiem odkryłam Internet (oczywiście za jego przyzwoleniem), to wskazał mi drogę do przyjaciela, lustra, fotografa i podpowiedział: - Zaryzykuj. I zaryzykowałam nóż w plecy. I warto było, bo czekam na ten nóż od lat, a zamiast tego dostaję prześmiewcze przyjacielskie uwagi. Teraz znowu Przypadek wkradł się w moje życie i próbuje w nim usilnie mieszać. I jakoś tak sobie myślę, że przecież po tylu latach znajomości mogę mu zaufać, że Przypadek sprawdził się już jako stróż i dobry los. I tak pomógł mi znaleźć następny labirynt, który będę przechodzić i okrywać w czasie życia. I znalazł mi też rewelacyjnego przewodnika po tym labiryncie. I szepnął: - Zaufaj. I zaufałam. I weszłam w ten labirynt, prowadzona za rączkę, jak ślepe dziecko i odkrywam powoli, krok po kroku, kawałek po kawałku, zapach po zapachu i dźwięk po dźwięku nową, niepoznaną wcześniej przestrzeń życia, i uczę się i zaczynam więcej widzieć. A przewodnik się dobrotliwie uśmiecha. I nawet jeśli kresem tego poznania będzie ból i śmierć, to przecież ktoś kiedyś powiedział, że czasem żeby żyć, trzeba umieć umrzeć. Więc i ja teraz uczę się małych śmierci i małych zmartwychwstań. I mam nadzieję, że jeśli nawet po wyjściu z tego labiryntu przewodnik pójdzie swoją drogą, ja swoją, to i tak nie zapomnę. I już zawsze będę pamiętać, że mała śmierć może przywracać do życia, a wczesna jesień może być równie słoneczna i gorąca co późna wiosna. I dziękuję.
piątek, 15 września 2006
dziwna motywacja
Miły Panie Bohuszku, czasem człowiek się zachowuje dziwnie. Czasem, pomimo tego że wszystko się gdzieś w tle pierdoli, zachowuje pogodę ducha. I zachowałam ją dość długo, do czasu, gdy znowu nie zrobiłam krzywdy swojemu rowerkowi. I tak sobie myślę, że ten sezon chyba już zamknęłam, bo nie będę mieć na razie okazji, by go naprawić. Ale tak to pewnie jest jak się jeździ nie oszczędzając ani siebie, ani sprzętu. A szkoda, bo piękna letnia pogoda znów zagościła w naszym kraju, słońce mile głaszcze po twarzy, łydkach i ramionach, a las pachnie piękniej niż latem.
A dziś rano przeglądając sobie newsy trafiłam na przepiękną motywację i tak sobie pomyślałam, że kto jak kto, ale ja na pewno nie chcę skończyć jak Bronisław Wildstein i przeskoczę to, czego on nie dał rady. I wychodzi ze mnie ta odrobina ambicji, która mi jeszcze została i mam ochotę krzyknąć jak onegdaj nasi chłopcy na Akademickich Mistrzostwach Polski, gdy po krzywdzącej interwencji trenera UW u sędziego stracili decydujący punkt w secie: - No to jazda z tymi dzyndzlami, jeszcze im pokażemy, że nie z nami takie numery!!! I dokopali tym dzyndlom, żeby nie powiedzieć, że kutasom, bo na boisku kląć nie można, ale można użyć asocjacyjnie połączonego z wulgarnym określenia. I tak sobie myślę, że życie wraca do normy, wracają też ludzie, najpierw niespodziewanie potworek, potem babcia malkontentka, dzień później mój ulubiony private english teacher i wychodzi na to, że są tacy, którzy jeszcze chcą wracać. Szkoda tylko, że rzadko wracają stare miłości i stare przyjaźnie. Ale może lepiej, zawsze łatwiej zrzucić balast i ustawić się twarzą w kierunku przyszłości. A przyszłość przede mną i musi coś świetlanego przynieść za pazuchą.
niedziela, 10 września 2006
welcome home, czyli wszystko co dobre, szybko się kończy
No i Panie Bohumile przyszła ta chwila, gdy trzeba było wrócić do domu. Dwa tygodnie beztroskiej laby i samorządzenia się w mieszkaniu brata minęły jak z bata strzelił, gdy dziś nad ranem Miśki wróciły do domu, ja zebrałam się w sobie, zapytałam brata czy mi przywiezie potem moje graty do domu i gdy potwierdził, zostawiwszy im list powitalny na lodowce, władowałam swoje cztery litery na rower i znów mieszkam z rodzicami. A ja może w końcu się rozłożę na tych dwóch metrach biurka ze swoimi śmieciami, bo wrzesień galopuje jak oszalały.A że wszystko to za dużo, jak mawia Benek z Ballady o Zakaczawiu, więc nie wszystko, co miałam zaplanowane na te dwa tygodnie udało mi się zrobić. I tak najbardziej w tym wszystkim okroiłam czas pracy nad magisterką, bo tak mi jak zwykle najwygodniej było. Po powrocie do domu jestem bogatsza o znajomość kilku filmów, skończoną jedną książkę, zrobioną jedną imprezę, która wypadła lepiej niż się na początku zapowiadała. Jestem dumna z moich braci i sióstr polonistów, bo mimo iż jak zwykle mówili naszym kontekstowym slangiem, to potworek czuł się wśród nich swobodnie i twierdzi, że miło spędził czas. I już wie, dlaczego tak kochałam studia. Bo dla mnie studia to nie nauka, wykłady, ćwiczenia, zaliczenia i egzaminy, tylko ludzie, na których się tam natknęłam. I nawet nie żałuję, że uparłam się, by zobaczyć czwartkowe częściowe zaćmienie księżyca w pobliskim parku, bo trafiła nam się gratisowa atrakcja, która przebiła cud natury, a i cała noc była wakacyjno urocza i ciepła. Gdy pojawiła się na pomniku młoda dziewczyna bawiąca się zapałkami, księżyc przegrał w przedbiegach i zamiast patrzeć w niebo, wzrok miałam utkwiony ogień uwięziony na łańcuchach, w ten umiejętny i widowiskowy taniec, który ćwiczyła po zapadnięciu zmroku. A w międzyczasie oglądaliśmy wypadki rowerowych trialowców. I myślę, że takie życie bez pośpiechu jest piękne, bo samo nam sprzedaje za darmo radość życia i pasje innych. I może to właśnie chciałam pokazać sfrustrowanemu po powrocie do kraju i naszych zarobków potworkowi, gdy resztę nocy piliśmy w ogródku pubie. Tylko ja sobie mogę na tę biedę i brak ambicji pozwolić, ona chyba nie bardzo. I nawet nauczyłam się pić do monitora, bo blog pana Wierzejskiego na trzeźwo był zbyt ciężkostrawny dla mojego światopoglądu, a uparłam się, że jest mi potrzebny do magisterki. A że przy okazji prowadziłam ciekawy dialog, to nie czułam bynajmniej, że piję sama. I pierwszy raz od trzech lat rozmawiałam z kimś, kogo nie znam z realnego życia i chyba cieszę się ze złamania swojej naczelnej zasady użytkowania sieci. A dziś potworek zafundowała mi nową znajomość i kilkugodzinna lekcję języka angielskiego przy piwie. Miałam okazję poznać jej znajomą, która jest Litwinką i chcąc, nie chcąc jedynym wspólnym językiem okazał się angielski. I o dziwo moje problemy z rozumieniem tego, co mówią nie okazały się tak wielkie jak mi się zawsze wydawało. A opowieści bardzo ładnej, młodej blondynki o swojej podróży po Italii i o tym jak reagowali na nią faceci były ciekawe. Szczególnie jak już doszła do momentu, gdy z miejsca próbowała spławiać tych, którzy ją zaczepiali i z miejsca atakowali serią niewyszukanych komplementów. Biedna dziewczyna, nie mogła przejść nawet kilku metrów sama przez ulicę albo stację, bo już miała na głowie kilku nachalnych kolesi zauroczonych jej urodą. A najciekawsze z tej całej rozmowy jest to jak każdy patrzy na rzeczywistość ze swojego punktu widzenia (siedzenia). I tak Mickiewicz jest litewskim poetą, który pisał w języku polskim, bo Polska kiedyś okupowała Litwę. Choć to duże uproszczenie i raczej echo poglądów starszego pokolenia. Bo młodzi ludzie już mają naturę kosmopolitów. I chyba dobrze. Bo to tak jakby się zastanawiać, Panie Bohumile, czy to Czechy okupowały Słowację, czy może przypadkiem było na odwrót. A w gruncie rzeczy to wszystko nieważne, bo jak powiedziała Wiktoria: - Wszyscy jesteśmy takimi samymi ludźmi. I nie ważne jak to było kiedyś w historii. I ma dziewczyna rację, tak samo jak ma rację w tym, że Mickiewicz był Litwinem, wszak Litwo, ojczyzno moja... choć pewnie litewskiego, tego ciekawego, tak na ucho filologa, języka pewnie za dobrze nie znał.
środa, 06 września 2006
legenda
Naprawdę jaka jesteś nie wie nikt Miły Panie Bohuszku, ktoś mi kiedyś powiedział, że pisząc listy do Hrabala tworzę legendę, piszę o ludziach, o zdarzeniach tak, jakby już wszystko minęło, jakby umarło. I tak sobie myślę, że poniekąd ma rację. Bo piszę jak o czymś, co minęło, ale opisuję to tak, jak to widzę, a legenda sama się stworzyła. I nikt nie wie, jaka ona jest, była i będzie. Naprawdę jaka jesteś nie wie nikt A ja po prostu chcę to w sobie zachować, unieść ze sobą, naszkicować ten niedokończony portret, bo powoli nie po drodze nam wszystkim. Uniosę go ocalę wszędzie I mieć świadomość, że jak się zacznę oglądać wstecz, to zobaczę to, co było w tym wszystkim najważniejsze – moje własne emocje i myśli współdzielone z tą grupą zdrowo popieprzonych polonistów, z którą zetknął mnie los.
I przepraszam, Panie Bohumile, że wrzucam cytaty z piosenki miłosnej Bogusława Meca, ale ten tekst mi dziś najbardziej pasuje do tego, co czuję. I cały czas mi śpiewa w głowie, mimo że to nie jest historia miłosna, ale historia dnia codziennego. A teraz, dziś, chcę ocalić i wskrzesić to, co jest w nas. Nawet jeśli proza życia nas wybija jak kaczki na polowaniu. I ta noc przypomni mi dlaczego za nimi tęsknię.
wtorek, 05 września 2006
cudnie zmarnotrawiony dzień
Miły Panie Bohuszku, miałam dobry dzień. I nawet nie popsuło mi go kilkugodzinne oczekiwanie na promotor, i to, że nie mogła mi pomóc, że w sumie moje czekanie było marnotrawieniem czasu. Ale jakimś cudem mam dobry humor. I pisząc to wcale nie jestem pod wpływem piwa, które wypiłam z takim jednym, który tak jak ja nie pamięta kiedy i właściwie czemu byliśmy kiedyś razem. Mam dobry humor, bo jakąś siłą woli zwlekłam się po szóstej z łóżka, mimo że poszłam spać późno w noc, po trzeciej gdzieś. Zwlekłam się i pomyślałam, że jak nie pada, to pojadę sobie na wydział. Rowerem, przez lasy, pola, lotniska i ulice wielkiego miasta. I nawet nie przypuszczałam, że las o tej porze dnia jest taki spokojny, taki przyjazny i przepełniony słońcem tak, że aż się chce oddychać i mocniej naciskać na pedały, a ludzie spacerujący z psami przyjaźnie wskazują drogę, bo w sumie nigdy jeszcze tą leśną drogą nie jechałam.
I nie popsuł mi humoru remont na wydziale i to, że portier nie dał mi klucza do kanciapy, że nie mogłam sobie zrobić tak jak zawsze herbaty w swoim kubku, i że rower musiałam zostawić pod opieką portiera. Też czekanie na promotorkę było jakimś zawieszeniem w czasie i dostrzeżeniem plusów późniejszej obrony, bo jeszcze mam okazję spotkać się z dziewczynami i pogadać o pierdołach, bo pani promotor jakimś cudem zamiast na wydział trafiła do biblioteki i utknęła w labiryncie katalogów. A gdy ją tam drapnęły dziewczyny, to słodko zapytała: - A skąd wiedziałyście, że tu będę? Jak tylko skończę, za jakąś godzinę, przyjdę do was. Ale zamiast godziny upłynęło trochę więcej wody w rzece czasu, a gdy już się pojawiła, to nie miała klucza i zapytała, czy możemy jeszcze poczekać sekundę. I wtedy we mnie się odezwał instynkt ekonomisty i pomyślałam, że jedna sekunda dołożona do tych prawie trzynastu tysięcy już mi raczej nie robi różnicy. I nawet nie ruszyło mnie to, że nie mogła mi dziś pomóc, że nie ma dostępu do tej książki, z której potrzebuję jeden, mały artykuł, a oczywiście biblioteki w tym województwie jeszcze jej nie mają. A to wszystko pewnie dlatego, że dawno nie jeździłam o pustym żołądku po lesie. A może dlatego, że dzięki temu wylądowałam na śniadaniu u naszej kochanej sprężynki, tak gdzieś w samo południe i przypomniały mi się nasze wszystkie wspólne śniadania w czasie studenckiej beztroski. A potem wracając na troche zesputym rowerze, który pozbył się osłony na łańcuch, miałam przygodę z pociągiem, który stanął mi na drodze i stał jak pień w jedynym takim miejscu, gdzie dało się przebić przez las. W takim miejscu, gdzie jest mnóstwo torów kolejowych i żadnej innej przesieki obok. I tak stał. I ja też stałam. I stało ze mną jakieś starsze małżeństwo. Też na rowerach. I gdy tak staliśmy, to stwierdziłam, że mam to w dupie, bo nie wiadomo, kiedy ruszy i jakoś go trzeba obejść. I za mną poszło małżeństwo. I gdy przebijałam się przez krzaki przy torach szukając końca pociągu, to oni do mnie: - Dobrze, że Pani idzie pierwsza, bo jakby się coś stało, to oni się zaopiekujemy... No to odpaliłam: - Mną? - Nie, rowerem – powiedzieli z uśmiechem. I ja też się wtedy uśmiechnęłam, a pociąg ruszył. Ruszył akurat wtedy, gdy już byłam prawie przy ostatnim wagonie. Ale pewnie gdybyśmy tam stali jak pan bóg przykazał i czekali, aż się łaskawie usunie, to jak na złość nie ruszyłby się przez godzinę, bo wie Pan, Panie Bohuszku, ja mocno wierzę, że rzeczy martwe mają duszę, a jeszcze bardziej wierzę w ich złośliwość. Ale ta dzisiejsza też mnie raczej rozbawiła niż zdenerwowała. I pomknęłam sobie dalej do domu, i zauważyłam, że jak mi się wkręciła osłona, to wygięła mi na przedniej kasecie jedną z zębatek, i nie mogłam gnać na najcięższym przełożeniu. Ale może dzięki temu nawdychałam się więcej leśnego powietrza, a oczy nacieszyłam zielenią. A potem ciało, ciepłą kąpielą, od której powoli się uzależniam (i będę sobie folgować dopóki mogę). A teraz, wieczorem sprzątałam, bo na prace umysłową za mało spałam poprzedniej nocy, i delektowałam się pierwszym od jakiegoś czasu piwem wypitym w pubie. A przy okazji rozmowy dowiedziałam się, że się zmieniłam. I chyba on ma rację. Przez ten rok dużo się zmieniło. I ja też. Bo teraz nawet jak marnotrawię czas to się potrafię z tego cieszyć, a nie spinam się, nie denerwuję i nie rzucam błotem w co popadnie. I gdzieś tam, tam w środku na dobre zakorzeniła się pogoda ducha, mimo że dziś chciałoby się wyć do tego olbrzymiego, jasnego ksieżyca.
piątek, 01 września 2006
zaburzenia obsesyjno kompulsywne
Miły Panie Bohuszku, już od jakiegoś czasu mieszkam sobie u brata pilnując dobytku jego i jego dziewczyny. I gdy tak patrzę na te ściany, meble, podłogi i układ mieszkania, to coraz bardziej zaciera mi się koszmarny widok sprzed dwóch lat, gdy mój brat kupował to mieszkanie, a ja się zastanawiałam czy już do reszty oszalał, bo słowo „ruina” było wtedy komplementem dla tego lokum. A teraz myślę, że brat nie oszalał, tylko kupując mieszkanie do całkowitego remontu zrobił to z premedytacją, bo on potrafi zaplanować i wyczarować niesamowite rzeczy. I pewnie by mu było miło, gdyby widział reakcje moich znajomych, gdy tu czasem wpadną i ich słowa: - Fajne to mieszkanie. Choć nawet nie widzieli tego koszmaru jaki ja wciąż jeszcze pamiętam. I tak sobie spędzam samotnie dnie w pustym mieszkaniu eksperymentując w kuchni, bo mogę teraz gotować co mi się żywnie podoba i o której godzinie mi się podoba, nawet o północy. I żywię się różnymi odmianami naleśników, warzywkami zapiekanymi z ryżem i ogromnymi dawkami ciepłej herbaty, bo jesień idzie i ochłodziła mieszkanie. A gdy jest mi już chłodno, to mogę czytać zanurzona po szyję w ciepłej wodzie, bo brat ma rewelacyjnie dużą wannę, a ja znów polubiłam ciepłe kąpiele. I polubiłam TVP Kultura, który jest tu jedynym interesującym polskojęzycznym kanałem. I nawet polubiłam trochę solidarność, ale tę solidarność ad hoc, solidarność ludzi wytworzoną w latach osiemdziesiątych, a nie to, co z niej zostało. A wszystko przez 13 etiud reżyserskich puszczanych pod jednym tytułem Solidarność, Solidarność..., które wczoraj przypadkiem oglądałam. I myślę, że w ten sposób młodzi mogliby się uczyć historii – poprzez opowieści zwykłych ludzi zaplątanych w wielką historię i którzy nagle wzięli historię w swoje ręce. A te 13 etiud to taki mały przekrój ludzkich postaw, który uzmysławia jak bardzo zmieniła się od tego czasu mentalność ludzi, uzmysławia, że nie trzeba być całopalnym Janem Palachem, by zmusić ludzi do myślenia, a może i działania. A ja wiem, że dlatego namiętnie gotuję, sprzątam, chodzę na spacery, bo podświadomie wciąż uciekam przed pisaniem, pisaniem do którego nie mogę się zmusić. I może dlatego tak łatwo i tak szybko zgodziłam się na sesję fotograficzną i poczułam się przez chwilę jak modelka, jak część amatorskiego dzieła sztuki i nie przeszkadza mi nawet to, że moja subtelna nagość krąży teraz gdzieś po sieci. I cieszę się, że ta sesja wypaliła przedwczoraj, zanim obiłam i rozcięłam sobie brodę, zanim zaczęłam paradować na mieście z plastrem na trochę opuchniętej twarzy i zanim wyszły następne siniaki. Bo wie pan, Panie Bohumile, znów to zrobiłam, znów mimowolnie się uszkodziłam, znów uczestniczyłam w przypadkowym wypadku w zaciszu domowej łazienki, bo żel do mycia twarzy stał na drugim końcu pralki, bo stopa się omsknęła w wannie, bo moja broda wylądowała z impetem na rogu pralki, a moje ramie, na szczęcie, na brzegu wanny, bo inaczej byłoby pewnie po zębach, a tak się skończy co najwyżej na bliźnie po rozciętej brodzie, wielkim krwiaku na ramieniu i uzmysłowieniem sobie, że samotne mieszkanie ma też swoje minusy. I cieszę się, że chwilowo mieszkam niedaleko pogotowia i szpitala wojewódzkiego, bo jakby co, to może się tam do nich jakoś doczołgam. A dla zdrowia duchowego mam za ulicą duży park. A dziś jest pierwszy września, więc weekend spędzę w mieszkaniu rodziców świętując urodziny ojca. Na szczęście w tym roku we wrześniu nie muszę już iść do szkoły i mogę spokojnie pomóc mamie w imprezach (bo myślę, że na jednym zjeździe rodzinnym się nie skończy). A potworek ma opis: Niektórzy zawsze spadają na cztery łapy... lub brodę. I tak sobie myślę, że to chyba o mnie tym razem, nawet jeśli mam zaburzenia obsesyjno kompulsywne.
środa, 23 sierpnia 2006
niespodzianki...
Miły Panie Bohuszku, kiedyś myślałam, że niespodzianka to coś, co ma sprawiać przyjemność... dopiero kilka lat studiów tak zmieniło moje podejście do języka, że tworzę sobie prywatne etymologie słów. I tak niespodzianka to coś co zaskakuje, ale niekoniecznie pozytywnie. Niespodzianką są momenty, które wydarzyły się w na tyle nieprzewidywalny sposób, że opada nam szczęka, w ustach brakuje słów, a ciało się zastanawia w jakiej aktualnie jest czasoprzestrzeni. I tak Panie Bohuszku, niespodzianką było dla mnie to, że meble przyjechały o tydzień wcześniej, co wywołało u mnie ambiwalentne odczucia, bo z tego powodu znów o mały włos nie udałoby mi się spotkać z babcią Malkontentką przed jej następnymi wojażami po Europie. A jeszcze większa niespodzianką było sfinansowanie zrealizowania szalonego pomysłu mojego brata przez szanownych rodzicieli. Dzięki temu mam teraz olbrzymie, dwu i pół metrowe biurko pod oknem. Inną niespodzianką, do której nie potrafię się jednoznacznie ustosunkować, jest to, że w te wakacje jakoś tak dziwnie, nieznacznie i nierównomiernie odnawiają mi się licealne znajomości, że gdzieś na horyzoncie pojawia się myśl o spotkaniu klasowym, że udaje mi się z dziewczynami wyskoczyć czasem na rower. I że dzięki nim, a szczególnie dzięki Asi, która wciąż odczuwa skutki tego wypadku, gdy, bawiąc się na imprezie w jednym browarze, nagle poczuła ciężar browarnianej beczki spuszczonej z kilku metrów na jej głowę, odkrywam nowy sposób jazdy – spokojny, równomierny, bez przyśpieszonej akcji serca i balansowania na skraju bezdechu. I takiej, podczas której można jeszcze porozmawiać. Rozmawiać z kimś, komu życie po wypadku wydaje się cudem, bo to cud, że jej kark to wytrzymał. I ten cud się udziela. I nawet niespodziewany koszmar, mam nadzieję, że minionego już lata, w który zamieniła się pięćdziesiątka mojego wujka, nie jest w stanie przechylić szali wagi na złą stronę. Bo na szczęście nagabywanie mnie o taniec przez pijanych, starych facetów – pracowników mojego wujka – trwało tylko kilka godzin. I przez te kilka godzin starałam się jasno, precyzyjnie i nie tyle uprzejmie, co kulturalnie wyjaśnić, że nie mam ochoty na taniec. I w głowie nadal mam argumentację jednego z panów: - Przecież ja chcę z tobą tylko zatańczyć. Ja przyszłem na zabawę i chcę się bawić. No przecież cię nie zgwałcę, ani nawet nie pocałuję, chyba... I jakoś nie trafiało tym panom do główek, że raczej mnie to nie bawi, ani disco-polo, ani śląskie szlagiery, ani hity Radia Piekary, ani dziwny sposób adoracji przez starych oblechów. I nie bawi mnie tańczenie, bo najzwyczajniej w świecie tańczyć na ichni sposób nie potrafię. A dziś... dziś myślę o tym, że otwierając drzwi nigdy nie wiesz, kto może stać po drugiej stronie. I myślę, że potworek miał niezły ubaw z mojej miny, gdy rano otworzyłam drzwi w dresie narzuconym na pidżamę i wpatrywałam się w nią przez moment jak w ducha, bo przecież wyjechała dwa miesiące temu do Włoch. I to była miła niespodzianka, bo naprawdę lubię jej powroty. I jakże wymowna to była odpowiedź na mojego wczorajszego smsa z pytaniem: "Kiedy ty właściwie wracasz?" I zobaczymy czy polubię, stojące teraz na biurku obok wina, Liquore mirtillo a base di grappa z napisem „Saluti da Santa Fosca”, co, podpierając się łaciną, pewnie znaczy „Pozdrowienia z Santa Fosca”. I lubię te rozmowy po powrotach, gdy sonduję, co się zmieniło w nas i w otaczającym nas świecie. I zaczęłam powoli, mimowolnie zdawać jej relację z politycznych poczynań miłościwie nam panujących... i złapałam się na tym, że mówiąc to i tamto wcale nie zachęcę jej do pozostania na dłużej w Polsce... I siedząc na przystanku i czekając na autobus zdałam sobie sprawę, że największą dla mnie niespodzianką jest to, że mamy taki rząd, taki parlament i że pewnie to wszystko się długo utrzyma. I począł we mnie bunt kiełkować, aż pomyślałam: Milczenia dość! I łamię właśnie swoją zasadę nie mieszania się do polityki, bezstronności politycznej, bo już najwyższa pora głupocie powiedzieć: STOP, pora przestać umywać ręce jak Piłat i dziecinnie mówić, że przecież mnie to nie obchodzi, bo i kto, jak nie my głosujemy? I miły Pane Bohuszku, choć pora przeorać swój własny magisterski ogródek i chwilowo wyrzuciłam z RSSów wszystkie kanały informacyjne, to obiecuję, że jak tylko zrobię wszystkim i sobie niespodziankę i się w końcu obronię, wrócę do śledzenia poczynań naszych ukochanych polityków. Bo jedynym lekarstwem na głupotę jest samoświadomość i umiejętność czytania. Oby posiadło te cnoty jak najwięcej z nas. I tego i sobie, i innym życzę. I wtedy może doczekamy się miłej niespodzianki po następnych wyborach.
niedziela, 06 sierpnia 2006
zmiany, zmiany, zmiany w otoczeniu
Miły Panie Bohuszku, minęły piękne upalne słoneczne dni... skończyły się jak zawsze wielką burzą i załamaniem pogody. Szkoda mi tylko tego, że popsuła się akurat wtedy, gdy miałam sprawdzić swoją wytrzymałość, gdy miałam sprawdzić, ile nowych sił dały mi kilometry zrobione w pełnym słońcu, ile nowej energii przybyło mi z każdą pokonaną górką. Jednak musiałam zmienić plany i chyba się cieszę, że posłuchałam wtedy mamy, że pod jej wpływem zmieniłam plany, inaczej gdzieś w połowie drogi znowu złapałaby mnie ściana wody, tak jak w górach, jednak tym razem drogi w mieście, do którego miałam dotrzeć, zmieniły się nie w potoki, a w baseny stojącej wody. Ale i tak cudownie odpoczęłam i naładowałam się pozytywną energią w tym ogrodzie tatka, gdzie już zagościła na stałe tradycja naszych zjazdów, gdzie możemy spokojnie zagłębiać się w naszą małą, prywatną absurdalną rzeczywistość. I mój świat dzięki nim jest piękny do absurdu... a może właśnie poprzez absurd. I tak sobie myślę, że gdy już się zbliża lato, to myślę tylko o tym, kiedy znów znajdę się w tym ogrodzie, gdzie czas leniwy, gdzie jabłonka podświetlona, gdzie płomienie muskają drewno na palenisku, i gdzie tych kilku ludzi, którym się chce przejechać taki kawał drogi dla jednej nocy w roku, i gdzie już powstało tyle wspomnień... I tak, z podładowanymi ponownie akumulatorami, z popsutą za oknem pogodą, wzięłam się za zmiany. Za zmiany w moim otoczeniu, najbliższym otoczeniu. I tak jednego dnia rozłożyłam z bratem meble w moim pokoju, meble, które, w przeciwieństwie do mnie, pamiętały jeszcze czasy stanu wojennego. I gdy już zdjęliśmy ostatni kawałek tej meblościanki, odkryliśmy, dokopaliśmy się do miejsca, które pokazało archeologię tapet w tym pokoju, każda warstwa to inny odcień, inna tapeta, a każda tapeta to inny etap mojego życia. Dziwne uczucie, gdy znajdzie się miejsce, które kondensuje czas, które nakłada na siebie kilka warstw życia. I dziwnie, gdy to przekłada się na życie, na wieczór i wieczorny bukiet róż, i tak oto życie znów zatacza niesamowitą pętlę... z którą nadal nie wiem, co zrobić. Drugiego dnia zdarłam wszystkie tapety, nawet udało mi się ją zedrzeć z mojej ściany płaczu, którą to ścianę drapałam niecałe trzy lata temu, po śmierci Rzaby, i którą zamiast wodą zraszałam własnymi łzami i złością z powodu niepotrzebnej śmierci. I wzięłam do ręki dłuto i młotek i skułam betonowe cokoliki, a tata w tym czasie malował sufit. I przeraziło mnie tempo wykonywania prac remontowych, bo wyszło na to, że nie uda mi się spotkać, ani z ciotką, ani z babcią. Ale podobno co się odwlecze, to nie uciecze. I tak zamiast siedzieć na kawie w Stalinogrodzie, tapetowałam z ojcem pokój. I tak się zastanawiam, jak ja wytrzymałam dwa dni pracy z tym cholerykiem, który non stop klnie coś pod nosem, który gdy mu zwrócisz uwagę, że robi coś źle, dąsa się i obraża jak dziecko na cały świat. I tak sobie myślę, że wytrzymałam z nim, bo w gruncie rzeczy jest dobrym fachowcem i potrafi zrobić niesamowicie dużo rzeczy, i że zawsze na swój sposób próbuje mi pomagać, i jestem mu za to wdzięczna, choć wiem, że nie wytrzymałabym z nim w jednym pomieszczeniu dłużej niż 48 godzin. A wczoraj układaliśmy z bratem podłogę z dębowych paneli. I się zastanawiam jakim cudem te dwa jabłka tak daleko upadły od jabłoni. A może to kwestia innego wychowania i innych czasów? Praca z bratem to przyjemność, a wczoraj jeszcze okraszona zapachami dzieciństwa, bo gdy byłam mała to zakradałam się do warsztatu wujka, którego hobby jest stolarstwo, zakradałam się tam tylko dlatego, że tam unosił się ten piękny zapach zerżniętych drzew, okaleczonego drewna. Bo nawet jak się przycina stare, wysuszone drzwi, to unosi się jeszcze długo taki specyficzny zapach drewna, bo nawet jak się tnie panele, to nagle można poczuć zapach ściętego dębu. A teraz siedzę sobie w tym na wpół pustym jeszcze pokoju... i powoli go na nowo oswajam, bo ze starego pokoju zostanie tylko łóżko, wieża i może biurko. I Panie Bohuszku, zastanawiam się, gdzie tkwi sekret mojego dobrego samopoczucia, skąd mam uśmiech na twarzy, pomimo tego, że bolą mnie nadgarstki i kolana po czterech dniach pracy. I tak sobie myślę, to dlatego, że, jak powiedział kiedyś Chris do Hollinga: Nie posiadanie daje szczęście, lecz wspólne przeżywanie. I w tym miejscu mogłabym podziękować pewnemu wykładowcy z wydziału, bo to dzięki niemu na nowo przeżywam, odkrywam Przystanek Alaska. I przeżywam te ostatnie dni całym sercem, bo i denerwuję się nieziemsko i cieszę się również w wielkiej skali. I na nowo delektuję się muzyką w pokoju po kilku dniach przymusowej ciszy. I czekam całym sercem, aż znowu uda mi się wybrać w góry.
piątek, 14 lipca 2006
z czasem...
Miły Panie Bohuszku, jakoś nigdy nie potrafię sobie dobrze wyliczyć czasu, wyliczyć tak, by mi nie zostało go gdzieś po drodze za dużo, by nie została mi gdzieś w trakcie dnia godzina, którą spędzam na przypadkowej ławce. Bo staram się być damą, a dama ani się nie spóźnia, ani nie przychodzi za wcześnie. I ta zasada dotyczy wszystkich dziedzin mojego życia – poczynając od sfery osobistej, prywatnej a kończąc na zawodowej. A może po prostu niedoceniam swojej dobrej orientacji w terenie? I zostawiam sobie za duży margines błędu, za dużo czasu na ewentualne krążenie po nieznanym mi mieście w poszukiwaniu siedziby firmy, w której mam szkolenie? I nieważne, że szkolenie było następną powtórką z rzeczy, które w gruncie rzeczy znam, ważne, że może uda mi się w życiu, tak jak Panu, Panie Bohumile, ubezpieczyć trochę ludzi. Bo pora się chwycić każdej, nawet tak dziwnej pracy, bo muszę zacząć dorastać (ale, jak mawia babcia, nie dorosnąć) i powoli zadbać o swoją małą stabilizację, finansową oczywiście. I gdy tak siedziałam w tej sali, gdzie ciężkie powietrze, mimo pootwieranych okien, nie miało siły się wydostać na zewnątrz, myślami byłam przy babci. I jak rozszalała się burza, to pomyślałam, że o ironio, właśnie wtedy, gdy powietrze zelżało, gdy pogoda stała się przyjazna ludziom, babcia malkontentka wsiada do samochodu, by rozpocząć tournee po europejskich miastach. I będą tam z dziadkiem polować na ciekawe miejsca, a ja już się cieszę a konto tego ich spojrzenia na te wielkie miasta, które zobaczę, gdy już wrócą z rozjazdów, i cieszę się, że zobaczę magię, którą dziadek zamknie w swoich artystycznych kadrach. Bo dziadek to artysta, tak twierdzi babcia, a czemu miałabym babci nie wierzyć? I tak sobie myślę, jakie niesamowite jest to życie, które stawia niesamowitych ludzi na mojej drodze. I tak jak nie mam szczęścia w miłości i kartach, tak uparcie będę twierdzić, że mam szczęście do ludzi, choć dalej trudno mi uwierzyć, że adoptowaniec samozwaniec tak łatwo zaskarbia sobie przyjaźń tylu osób. A przez tę burzę i przedłużone trochę szkolenie nie zdążyłam życzyć babci bezpiecznego lotu... ale myślę, że będzie bezpieczny, bo dzisiaj to ja wykorzystałam nasz limit dziwnych przygód, bo czym, jak nie przygodą, można nazwać palące się, gotujące się auto, ciepły i wilgotny dym wydobywający się spod maski samochodu i strzelające korki, bo woda zagotowała się w chłodnicy? I o dziwo zachowałam zimną krew, bo gdy bratowa nie bardzo wiedziała co zrobić, ja spokojnie mówiłam, co teraz będziemy robić, że zepchniemy auto ze środka ulicy na bok, otworzymy maskę i zastanowimy się, co dalej. A dalej... a dalej była długa droga do domu. I moje dzisiejsze dwie przegrane, z czasem, a właściwie to wyliczaniem ile go potrzebuję.
A tęskniąc powalczę z czasem i z moją magisterką, tak dla zabicia czasu.
niedziela, 09 lipca 2006
nie waży się lekce Natury
Miły Panie Bohuszku.... natura jest piękna i niebezpieczna zarazem. Natura to czysty żywioł. Tak samo jak człowiek nigdy nie przestanie podziwiać jej piękna, tak samo nigdy nie przestanie się jej bać. I bardzo dobrze. I to właśnie Matka Natura najciekawiej organizuje mi przygody, to Matka Natura wczoraj wymyśliła swój spektakl, rozpisała swoją partyturę, tak zaskakującą dla śmiertelników. I uwzględniła w tym wszystkim role dla mnie i dla mojego przybranego taty. Długo szukaliśmy z tatkiem takiego
czasu, kiedy wspólnie moglibyśmy się wybrać na podbój gór, czasu, kiedy
będziemy mogli pokazać naszym małym, aluminiowym rumakom piękno i powagę
górskich szlaków. I w końcu wczoraj się udało. Pobudka skoro świt i każde z
osobna jechało na swój dworzec, by pociągiem dostać się do Bielska. Za oknem
pociągu przeciągała się leniwie upalna, parna pogoda, która powoli zaczynała
władać okolicą. I to właśnie w jej asyście, omijając umyślnie położone nam pod
nogi kłody, wnosiliśmy swoje rowery na szczyt Szyndzielni. Potem dojechaliśmy
do schroniska na Klimczoku i tam, patrząc w niebo, próbowaliśmy wybadać skąd nadciągają te chmury, które grożą nam
przelotnymi opadami w trakcie upalnego dnia. I wdrapaliśmy się na Klimczok,
żeby lepiej widzieć, co się dzieje. A potem uznaliśmy, że jak pojedziemy na
Błatnią, to uda nam się uniknąć deszczu. Miało być blisko, jakieś 10
kilometrów. Na rowerze to jak rzut kamieniem... no właśnie... kamieniem, a
właściwie kamieniami wyłożona była nasza droga na Błatnią. Nie jeden, nie dwa
odskoczyły nagle od koła i uderzyły w szprychy następnego koła albo uderzyły w
łydkę. I gdzieś w połowie szlaku nas złapała. Nadeszła szybko wraz ze ścianą wody, dała nam gradem po nogach, twarzy, rękach i zaczęła grozić piorunami uderzającymi w pobliskie drzewa i szczyty – Matka Natura przeistoczyła się w burzę i postanowiła pokazać na co ją stać. W kilka minut szlak zamienił się w rwący potok. I w pewnym momencie szaleństwem byłoby jechać dalej, pchać się burzy w łapy, zamienić się w ruchomy, szybko przemieszczający się metalowy cel dla piorunów na nieosłoniętym nawet krzakami szczycie. Dlatego nieomal przeklęczeliśmy większość burzy w ostatniej części lasu na szlaku. A jedyną osłoną była kurtka przeciwdeszczowa, która niestety nie wytrzymała takiego słupa wody i dość szybko stała się równie mokra jak my. I to właśnie wczoraj po raz pierwszy ucieszyłam się z nadanej mi przez Matkę Naturę masywnej sylwetki i z tego tłuszczyku, który wyhodowałam przez ostatnie dwa lata, bo gdyby nie to, to byśmy się obydwoje wychłodzili. I tak patrząc jak wychładza się tatko, na którym tylko skóra i kości, tatko, który nie ma ani grama tłuszczu, który mógłby go ogrzać, przytuliłam go najmocniej jak mogłam, by wziął ode mnie trochę tego parującego ze mnie ciepła. I tak skuleni, przytuleni przeczekaliśmy do czasu, aż pioruny poszły sobie, zeszły w dół, zaczęły uderzać w doliny i jeszcze w deszczu, bez ani jednej suchej nitki na sobie, z butami, które zmieniły się w male jeziorka wewnętrze, pognaliśmy do schroniska, gdzie wykręciliśmy z wody co się dało, gdzie zjedliśmy coś ciepłego i poczekaliśmy na ponowne wyjście słońca, a wszyscy uśmiechnięci, susi turyści patrzyli na nas z politowaniem i tylko panie, które utknęły z nami na szlaku uśmiechały się do nas ze zrozumieniem. I gdy wyszło słońce, a wraz z nim ze schroniska wyszły tłumy turystów, stanęliśmy nad swoimi mokrymi rzeczami i zaczęliśmy się śmiać. Rozłożyliśmy wszystko na ławach przed schroniskiem i czekaliśmy, aż choć trochę wyschną rzeczy i przy okazji my. A mi po głowie chodził refren znienawidzonej "Budki Suflera": A po nocy przychodzi dzień I tak zapętlił mi się w głowie już
od połowy szlaku i trzymał się mocno, nie chciał się odczepić. I trzymał nawet
wtedy, gdy czyściliśmy rowerki, gdy smarowaliśmy na nowo łańcuchy, gdy
ustawiałam na nowo klocki hamulcowe, bo jazda bez sprawnych hamulców jest szaleństwem.
A potem pozbieraliśmy wszystko, wsiedliśmy i zjechaliśmy niebieskim szlakiem do
Wapienicy, tatko igrał ze śmiercią na zjazdach, a ja nauczyłam się wczoraj
również znosić rower na ramieniu tam, gdzie trudno nawet bezpiecznie zejść
stromym, kamienistym szlakiem. I te ostatnie kilometry już po asfalcie były
zwykłym spacerem, przejażdżką niedzielną, która od rodzinnej różni się tylko
dwa razy większą prędkością jazdy. I uśmiechnęło się do nas szczęście i wcześniejszy pociąg do Katowic się opóźnił o kilka minut i udało nam się jeszcze do niego wskoczyć. A gdy już wysiadłam z tego pociągu, czując zbliżające się, nadchodzące szybkimi krokami zmęczenie, przedłużałam powrót do domu najdłużej jak mogłam, by ta przyjemność z jazdy wciąż trwała, bo wiedziałam, że jak już zejdę z rowera, to będzie boleć, wszystko będzie boleć od tego wysiłku. I tak to zlekceważyliśmy małą chmurę... i dostaliśmy nauczkę, którą będziemy z tatkiem pamiętać pewnie do końca życia. Ale już myślimy o następnym razie. Mimo, że dziś mam zakwasy w niesamowicie dziwnych miejscach ciała, że bolą nie tylko łydki, ale kwas mlekowy zgromadził się również w mięśniach dłoni, w tych małym mięśniach paluszków. I przyznam szczerze, że coś takiego czuję pierwszy raz w życiu. Niebieski szlak wytrząsł z każdego naszego mięśnia co tylko mógł, najmniej oszczędzając ręce. I powiem na koniec tylko jedno – to był
boski hardcore... to była piękna przygoda, dramat ze scenami pełnymi dynamizmu. I Panu, Panie Bohumile pewnie też by się spodobało to igranie z Matką Naturą i pokonywanie własnych słabości. I warto było, nawet jeśli rower teraz musi iść do serwisu, dostać się pod opiekę swojego lekarza, bo zaszkodził mu ten tymczasowy, zbierający mnóstwo piachu po drodze, strumień wody.
piątek, 07 lipca 2006
36 godzin
Miły Panie Bohuszku, kiedyś,
niespełna kilka lat temu leciał, w telewizorni taki serial, który zwał się „24
godziny”. I w tym serialu wszystko, co było opisywane zdarzyło się właśnie w
czasie 24 godzin. I zastanawiałam się wtedy, jak to jest możliwe, że w przeciągu
24 godzin wydarzyło się aż tak wiele rzeczy, że można było rozpisać to wszystko
na serial. Bo przecież życie nigdy nie obfituje w tak dużą ilość zdarzeń, bo
przecież życie płynie powoli, leniwie, a my razem z nim leniwie przesypiamy
połowę swojego czasu.
I może bym była nadal zdania, że takie rzeczy w życiu się nie zdarzają, gdyby nie to moje zupełnie niespodziewane weekendowe 36 godzin w roli cyborga, podczas których nadrobiłam stracony przez chorobę czas. I zadziwiające jest to, że tak obfitujące w zdarzenia dni nigdy nie są planowane, nigdy nie są pod moją kontrolą, wszystko dzieje się bez mojej woli, bez moich planów, po prostu daję się ponieść temu, co mi przynosi los. I w ten sposób z jednej niewinnej imprezy w pobliskim mieście wojewódzkim, z imprezy, gdzie czułam się obco wśród nieznanych ludzi, gdzie czułam się obco, bo nie ma „naszych”, nagle przenoszę się do miasta, gdzie przyszło mi się przywitać z tym światem, do miasta, do którego już zawsze będę mieć sentyment i z którym związane są tylko dobre wspomnienia, do miasta „gdzie wszędzie się szybko dochodzi”. I nieważne, że to było lekkomyślne, że niespanie tej nocy mogło mieć poważne konsekwencje, ważne, że ot tak, znowu byliśmy prawie wszyscy razem. I mogłam odpocząć w ich towarzystwie. A potem, koło piątej nad ranem na chwilę przymknąć oczy w drodze powrotnej do domu, by odpoczęły przed budzącym się, równie ekscytującym dniem. I podziwiam chłopaków, że jednak dali mi prowadzić auto z nimi w środku, a rowerkami gdzieś w połowie między dachem a tylną klapą, że jednak mi zaufali, uwierzyli, że mimo nieprzespanej imprezowej nocy zawiozę ich bezpiecznie tam i z powrotem. I będę uważać na dziury na drogach, żeby Soczek nie miał odłamków tylnej szyby za koszulką. I tak spędziłam dzień w Krakowie patrząc na maniaków rowerów górskich, którzy ścigali się o przysłowiową pietruszkę (albo po prostu sprawdzali własne możliwości), a potem zwiedzając na swoim rowerku byłą stolicę... i tak mi się przypomniały te piękne słoneczne dni, gdy jeździłam w ten sam sposób po Monachium, umyślnie gubiąc się między uliczkami, tylko teraz miałam inny aparat w łapie. I aż wstyd się przyznać, ale Monachium znam lepiej, że tam bez cienia strachu dałam się prowadzić gdziekolwiek rowerkowi, bo wiedziałam, że i tak znajdę, nawet bez mapy, drogę do domu. I ten dzień skończył się późnym wieczorem, gdy chcąc coś pisać albo przeczytać na komputerze moje oczy powiedziały „pass”, odmówiły współpracy, ale i tak jestem z nich dumna, bo wytrzymały 36 godzin. A hasłem tego dnia pozostanie
rzucone przez Soczka na widok roweru Miesiąca: - Jakiś stary model Ci
sprzedali... z siodełkiem! bo jemu strzeliła w siodełku śruba już na 7 kilometrze
maratonu i resztę przejechał na zakonnicę. Ale przejechał, nie cofnął się. To
się nazywa wola walki. I jestem z nich obu dumna, bo przejechali ten maraton. I z siebie też, bo wytrzymałam 36 godzin na nogach.
czwartek, 29 czerwca 2006
czarny koń i krypto-kujon
Miły Panie Bohumile, pamiętam to jak dziś. To było pięć długich lat temu - egzamin wstępny na studia i pierwsze moje zetknięcie z tą uczelnią, z tym wydziałem... i z tą niesamowitą osobą. Wyszłam wtedy zmęczona z sali, wypłukana z myśli i pomysłów po kilkunastominutowej walce z nie do końca opanowanymi pytaniami z literatury. Siadłam na krześle przed salą. A potem z sali wyszła ubrana cała na czarno dziewczyna. I pierwszy raz zobaczyłam coś, co było mi dane oglądać w różnej postaci przez te pięknych pięć lat. Wyszła i zaczęła opowiadać, parodiować swój egzamin, swoje popisy przed komisją, zrobiła sobie z tego małego skrawka korytarza swoją własną scenę z własną sztuką i z własną widownią. I już wtedy wiedziałam, że ta dziewczyna na tym roku będzie kimś, nie sądziłam tylko, że będzie kimś tak bliskim. Szczęśliwy przypadek umieścił nas w tej samej grupie. I tak stała się radością moich studiów, czarnym humorem wyśmiewającym absurdy życia. I zaczarowała ten szary, obdrapany budynek wydziału nadając mu nowych, przyjaznych barw. Pamiętam jak bawiła się kolczykiem w języku stukając nim o zęby akurat w momencie, kiedy facet z niemieckiego mówił o idiotach, którzy sobie przebijają brwi, nosy i inne takie. Pamiętam jak na jego pytanie, czy jeszcze pali zawsze odpowiadała: - Von Zeit zu Zeit. Pamiętam nasze wspólne rozluźnienie napięcia łuku intencjonalnego, gdy nie udało nam się powstrzymać spazmatycznego, obrazoburczego napadu śmiechu z powodu niefortunnego pytania zadanego przez ćwiczeniowca. Pamiętam też jak bałam się wchodzić po niej do sali egzaminacyjnej, bo, gdy zdarzyło mi się kilka razy usłyszeć jak odpowiada, wiedziałam już, że wchodzenie po niej na zaliczenie czy egzamin to samobójstwo dla indeksu, pokazanie w całej okazałości swojego niedouczenia, braku erudycji i uroku. I tak mijały lata studiów, a ona wciąż opowiadała niesamowite historie ze swojego życia i życia swojego brata. I jedyne co się zmieniało, to liczba semestru i wielkość jej tatuaży. I tak wyrosła nam na czarnego konia, czarnego rumaka naszego roku, który, mimo że rozpędzał się powoli, na koniec z impetem wygrywał z urokiem wszystkie uczelniane starcia. A dziś czarny koń przeistoczył się w białą damę, która z godnością i poczuciem humoru zdała ostatni egzamin na tych studiach. I znowu, gdy tylko z niego wyszła, sparodiowała jego przebieg. I dziś już żadne dziecko nie mogłoby krzyknąć na jej widok: - Mutti, quck mal, Dracula! Bo Grażi to nie żaden wampir, tylko stąpający po ziemi, utalentowany aktorsko czarny anioł, którego pokochałam całym sercem nie tylko za ironię i ogromny dystans do siebie, ale głównie za tę wielką wrażliwość i prawdziwość, którą ma w sobie.
niedziela, 25 czerwca 2006
gdzie mój duch ?
Miły Panie Bohuszku, tyle się przez ten tydzień wokół pozmieniało, tyle dziwnych uczuć zagnieździło się we mnie (i nie tylko), następne dwie osoby wybroniły się przed komisją i gdzieś... i gdzieś tam zaczynam uciekać myślami do dzieciństwa. W tym tygodniu broniły się zupełne przeciwieństwa – z jednej strony pewna siebie, widząca cel i pracowita przewodniczka stada, z drugiej – stojąca trochę obok, szukająca wciąż jasnego celu wędrowniczka. I każda ta obrona wyglądała pewnie inaczej. Chciałam zobaczyć obie, ale następny atak choroby przykuł mnie do łóżka... Ale myślę, że jestem w stanie sobie wyobrazić te różnice... I tak zaczęłam myśleć o tym, jak mnie ukształtowała przygoda ze sportem. I tak sobie myślę, że ten sport i jego duch to też we mnie siedzi w różnej postaci. A przynajmniej powinien siedzieć. Bo odkąd stuknęło mi 9 lat, przypadek zetknął mnie z siatkówką i chociaż na początku nienawidziłam tej dyscypliny jak tylko można było nienawidzić, to jednak niedaleko nienawiści do miłości i nawet się nie spostrzegłam kiedy pokochałam ją całym sercem. I wciąż z przyjemnością patrzę na rozgrywki siatkarzy i siatkarek. I ciągle mnie duma rozpiera, że w tym kraju, który kocha głównie piłkę nożną, mogła powstać mistrzowska drużyna kobiet... i aż mi się wierzyć nie chce, że te, z którymi, kiedyś dziecięciem będąc, trenowałam, teraz są w kadrze narodowej i mają na koncie jeden bądź dwa tytuły mistrzowskie. I aż dziw bierze, że Ci wielcy, Ci, którzy znaleźli to, w czym są najlepsi, mieszkają wśród nas i spośród nas wyrastają. I tak sobie myślę, ile samozaparcia potrzebowały, żeby dostać się tam, gdzie są, ile pewności i wiary w swoje możliwości jest potrzebne, by móc chwycić Pana Boga za nogi, żeby móc ucałować mistrzowski puchar i ten kawałek złota na piersi. Ale nie o tym, Panie Bohuszku chciałam rozprawiać. Chciałam pokazać dwa rodzaje ducha sportu, albo jednego ducha w dwóch osobach – tej egotycznej i tej drużynowej. I jako dziecko siatkówki najlepiej mi się pracuje w drużynie, gdy wszyscy mamy jeden cel i gdy wiem, że to wszystko, całe poświęcenie jest nie tylko dla mnie, ale też dla innych, i że razem dojdziemy tam, gdzie chcemy. I to jest ten duch drużyny. Inny duch to ten egotyczny – jestem ja i moje słabości i ja chcę te swoje słabości pokonać. I myślę, że to tego drugiego ducha mi zabrakło podczas tych kilkunastu lat grania w różnych drużynach. I myślę, że tylko Ci, którzy posiadają tylko ten egotyczny albo oba duchy są predystynowani do zwycięstw. I tak sobie myślę, Panie Bohuszku, że to już najwyższy czas odnaleźć, wyszkolić w sobie egotycznego ducha sportu. Bo już nie ma drużyny, z którą łączy mnie wspólny cel, bo już nie mam dla kogo grać jak tylko dla siebie. I tylko wtedy dam sobie radę w życiu i nie będzie mnie boleć przetasowanie celów i ciągłe zmiany w drużynie. I tak Panie Bohumile zmieniam dyscyplinę sportu – z siatkówki na kolarstwo, gdzie walczę sama ze sobą i swoimi słabościami. I mam nadzieję, że z każdym pokonanym kilometrem, z każdą pokonaną zapaścią oddechową, z każdym pokonanym podjazdem będę powoli odnajdywać swojego samotnego ducha walki, i będzie mi tak rósł w oczach, aż w końcu w niego uwierzę, mocno uwierzę. A potem zacznę wierzyć w siebie. |